Córka alkoholika córką Króla

Wychowałam się w rodzinie, w której ojciec nadużywał alkoholu. Mimo, iż często stawał się w tych momentach agresywny, jednak nigdy nie podniósł ręki ani na mnie, ani na mojego starszego brata. Mama natomiast, cierpiała na tym podwójnie. Nie dość, że musiała dbać o cały dom, o mnie i brata, to jeszcze zdarzało jej się dostać po głowie od męża. Będąc dzieckiem nie rozumiałam za bardzo całej tej sytuacji. Jednak, kiedy podrosłam to, co działo się w domu, w istotny sposób oddziaływało na moje życie. Z biegiem czasu kłótnie rodziców stały się chlebem powszednim. Kiedy tata wracał do domu pijany, ja zamykałam się w swoim pokoju i zaczynałam modlić się. Mimo iż Jezus Chrystus nie był jeszcze wtedy moim panem, miałam świadomość, że Bóg mnie słyszy. Pamiętam, że kiedy prosiłam Go o to, by rodzice nie kłócili się i nie bili, moje serce było całkowicie skruszone, zupełnie tak, jak teraz, gdy przed Nim stoję. Nigdy tak prawdziwie nie dociekałam tego, czy Bóg istnieje i jak się do tego ma moje regularne uczęszczanie do kościoła. Poważnym problemem było dla mnie poczucie niskiej wartości. Moje mniemanie o sobie było bardzo zaniżone. Uważałam, że jestem gorsza od innych, mniej uzdolniona. Pozbawiało mnie to szacunku do siebie samej. Kaleczyłam własne ciało. Używałam do tego celu igieł, noży i żyletek. Muzyka heavy-metalowa niejako pomagałam rozładowywać drzemiącą we mnie agresję, ukryty żal, gorycz, nienawiść i miłość. Z czasem poważnym problemem stała się dla mnie masturbacja. Nienawidziłam siebie za to. Autodestrukcyjne myśli doprowadziły mnie do miejsca, w którym zaczęłam myśleć o samobójstwie. Byłam zdecydowana na ten krok. Jednak świadomość bólu, jaki zadałabym rodzinie, nie pozwalała mi na to. Słuchając takich zespołów jak: METALIKA czy KAT, którego członkowie propagowali biblię szatana, czułam się inspirowana do seksu i do zadawania sobie bólu. Zaczęłam fantazjować na temat dziewcząt. Nie wzbudzało to we mnie obrzydzenia. W szkole miałam opinię wzorowej uczennicy. Chwalili mnie nauczyciele i znajomi moich rodziców, zupełnie niezdający sobie sprawy z dramatu, który we mnie się rozgrywał. W głębi serca chciałam czynić dobro. Chciałam być kochana i kochać innych. Tęskniłam wtedy za czymś, czego nie byłam w stanie sprecyzować. Odczuwałam pustkę. Tak jakbym wciąż jadła, ale nigdy nie była nasycona. Po prostu bezsens życia, bezsens moich starań i czynów. Żyłam bez celu. Jest to przerażające nie widzieć żadnej perspektywy.
W takim duchowym stanie ukończyłam szkołę podstawową. Dostałam się do liceum. Pierwsze półrocze ukończyłam całkiem dobrze. Później już tylko „ślizgałam się” z klasy do klasy. Nadal towarzyszyło mi poczucie tego, że jestem gorsza od innych. Zażyłam raz jeden z narkotyków, jakim jest amfetamina. Miało być zabawnie, ale wcale tak nie było. Mój kolega „zdołował” mnie do tego stopnia, że bałam się spojrzeć w oczy komukolwiek. Potwornie się tego wstydziłam. Do dzisiaj nie potrafię tego wytłumaczyć, ale od tamtego momentu czułam się osaczona przez ludzi. Szukałam wolności. Uciekłam ze szkoły, bo wstydziłam się samej siebie. Bałam się przebywać z ludźmi, ponieważ myślałam, że jestem dla nich przedmiotem drwiny i śmiechu. Peszyłam się w ich towarzystwie. Nie potrafiłam wyzbyć się tego uczucia.
Mimo iż moja sytuacja była coraz gorsza, nie szukałam Boga. Był On dla mnie kimś dalekim i niedostępnym.
W tym czasie poznałam dziewczynę, z którą łączyła mnie nie tylko przyjaźń. Moje ukryte żądze znalazły swoje spełnienie. Wszystko działo się bardzo szybko. Byłyśmy ze sobą bardzo silnie związane emocjonalnie. Uzależniłam się od niej. Przez chwilę wydawało mi się, że znalazłam szczęście, że to jest ta pełnia, którą potrzebowałam. Niestety, pogrążyło mnie to jeszcze bardziej. Wkrótce musiałyśmy się rozstać i skończyć z tym niemoralnym związkiem.
Nie umiałam siebie odnaleźć. Nie potrafiłam istnieć bez niej. Czułam się zrozpaczona. Nie miałam do kogo zwrócić się o pomoc.
Któregoś dnia zostałam zachęcona przez jedną z moich koleżanek do tego, by czytać Biblię. Tak się stało. Zaczęłam od Ewangelii wg Św. Mateusza. Pamiętam jak wspaniale się wtedy czułam. Tak, jakby do mojego wnętrza wdarło się jakieś światło, ciepło. Pojawiła się iskra nadziei. Zaproszona do Kościoła Zielonoświątkowego wybrałam się na niedzielne nabożeństwo. Śpiewane tam pieśni ściskały moje serce. Byłam wzruszona, sama nie wiedząc dokładnie, dlaczego. Na zakończenie, pastor poprosił, aby wyszły ze swoich ławek do przodu te osoby, które chcą się o coś modlić. Szarpnął mną strach i pragnienie modlitwy. Tym, co popchnęło mnie do wyjścia, były słowa mojej koleżanki: ”Wyjdź, bo później zgaśniesz”. Powaliły mnie one totalnie. Miałam wrażenie jakby ogień przeszywał moje wnętrze. Było to tak silne, że nie mogłam pozostać obojętna. Uznałam w tej modlitwie, że Jezus Chrystus jest moim Zbawicielem i Panem mojego życia. Od tego momentu zaczęło się moje nowe życie. Wyznałam Bogu obrzydliwość, którą jest grzech, a On rozpoczął we mnie proces uzdrawiania chorych emocji i zranień.
Słowa Jezusa Chrystusa stały się żywe w moim sercu. One wzbudziły we mnie wiarę w to, że Bóg może odmienić moje życie. To On przekonał mnie o swojej miłości” rozpiętej na ramionach krzyża”. Odbudował moje skrzywione poczucie wartości. Jezus Chrystus uwolnił mnie od niemoralnych czynów i sprawił, że wiem gdzie zmierzam. Moje życie ma sens!
Dzisiaj jestem własnością Pana i służę w Jego kościele między innymi w Misji Więziennej. Kiedy po raz pierwszy miałam przekroczyć mury więzienia, odczuwałam strach. Bałam się kontaktu ze skazanymi. Każdy z nich, miał na swoim koncie społecznie nieakceptowane występki. To mnie przerażało. Myślałam, że spotkam się z agresywnymi „typami”. Tymczasem okazało się, że są to normalni ludzie, którzy potrafią słuchać, śmiać się i odczuwać. Pozwoliło mi to spojrzeć na więźniów jak na tych, za których Jezus poniósł śmierć.
Jestem odpowiedzialna za grupę muzyczną na spotkaniach ewangelizacyjnych w Zakładach Karnych, do których jeździ nasza misja. Nie jest to łatwe zadanie. O ile na nabożeństwach we własnym zborze można liczyć na entuzjastyczne włączenie się do śpiewu, modlitwy, o tyle w więzieniu jest to niezmiernie trudne. Każdy mój wyjazd do ZK jest poprzedzony walką z własnymi słabościami, obawami i strachem. Może dlatego że bycie sługą Chrystusa w tak specyficznym miejscu wymaga rezygnacji z własnego „ja” i polegania na Panu Jezusie Chrystusie, jest w tej pracy coś wspaniałego coś, co mimo trudu nie pozwala mi zrezygnować z tej służby.
Warto jest zapłacić taką cenę choćby dla jednego z więźniów, którego serce skłania się ku Panu.
Zapłaty i pochwały oczekuję od Pana Jezusa Chrystusa, przed którym wszyscy musimy zdać sprawę ze swojego życia.
Jemu, nie mi, należy się chwała!