Wolny dzięki Jezusowi – świadectwo Irka

Wolny dzięki Jezusowi

Wychowany zostałem na wsi, w rodzinie katolickiej, przez mamę i babcię.
W drugiej klasie szkoły podstawowej zostałem ministrantem. Nie opuszczałem żadnej mszy świętej, brałem udział w różnego rodzaju pielgrzymkach i wycieczkach – zwiedziłem w ten sposób sporą część Polski. Byłem nawet we Włoszech – zwiedzałem bazyliki. We wsi ludzie mówili, że kiedyś pójdę do seminarium i zostanę księdzem. Bardzo angażowałem się w życie kościoła i jako ministrant sumiennie wypełniałem swoje obowiązki.
Jednak paradoksalnie o Bogu wiedziałem bardzo mało, nie czułem Jego obecności w moim życiu, w moim sercu. Nadszedł taki moment, że zaczęło się dziać coś niedobrego we mnie. Zacząłem kraść. Najpierw podbierałem drobne księdzu z tacy, później z jego notesu, w którym przetrzymywał pieniądze za msze, a to już nie była mała suma. Wydawałem wszystko razem z kolegami w szkolnym sklepiku. Stało się to codziennością.
W szkole też zacząłem mieć problemy. Notorycznie wzywali moją mamę na rozmowy, bo nie dawali sobie ze mną rady. Kradzież stała się moim „hobby” – chodziliśmy z kumplami po sklepach i kradliśmy wszystko, co było pod ręką – nie miało znaczenia, co to jest, ważne było, żeby ukraść, począwszy od drobiazgów takich jak np. długopisy, kalkulatory itp., a skończywszy na gotówce i większych towarach.
W międzyczasie diabeł niewolniczo usidlił mnie w sferze seksualnej i to w bardzo młodym wieku. Zakosztowałem dziedziny życia, która mocno mną zawładnęła. To był kolejny dodatek do mojej codzienności.
Wakacje po ukończeniu szkoły podstawowej były początkiem drugiego etapu mojej demoralizacji. Pamiętam swoją pierwszą w życiu dyskotekę, na którą zabrał mnie kuzyn. Poznałem tam starszych kolegów, którzy w moim 40-tysięcznym miasteczku byli dosyć znani, w negatywnym tego słowa znaczeniu oczywiście. Imponowali mi stylem życia, jaki prowadzili, więc długo nie trwało, jak do nich dołączyłem.
Po wakacjach rozpocząłem naukę w szkole zawodowej. Na porządku dziennym była wówczas tzw. fala, ściganie kotów, a więc pierwszoklasistów. Zabierano im pieniądze, bito ich, kazano na czas przeskakiwać przez toaletę czy mierzyć korytarz zapałką. W mojej klasie był chłopak, który drugi raz powtarzał klasę. Ze strachu więc postanowiłem chodzić za nim jak cień, bo wtedy byłem bezpieczniejszy. Trwało to około miesiąca. Pewnego dnia powiedział mi coś, co zmieniło moje myślenie i dodało mi odwagi: „Słuchaj –znasz wpływowych ludzi w mieście, jesteś z nimi na „cześć”, a boisz się sam chodzić po szkole?!”. Zacząłem robić to samo, co uczniowie starszych klas. Podobało mi się to, robiłem to z pasją i zapałem. Kraść już potrafiłem, teraz uczyłem się bić.
Nadszedł czas, że do moich podstawowych „zajęć” dołączyło ćpanie. Odurzałem się chemikaliami. Poza tym rozpoczęły się ucieczki z domu i mieszkanie po jakichś melinach. Każdy posiłek wyglądał tak samo: wino, wino, wino. Oczywiście do tego toczyło się cały czas bujne życie erotyczne. Jak widać –wówczas sprawą pierwszorzędną była troska o dobrą imprezę, środek odurzający, panienkę na 1 wieczór, by móc coś ukraść i na kogoś napaść. To były moje priorytety. Byłem już stałym bywalcem komisariatu policyjnego i sądu rodzinnego.
W roku 1995 trafiłem do poprawczaka za napad na taksówkarza. Początkowo była to próba morderstwa. Poprawczak nic nie zmienił, a jeśli zmienił to tylko na gorsze – dalej robiłem to samo, zdobywałem nowe kontakty, doświadczenia. Pogubiłem się w tym wszystkim. Zwolnili mnie po pół roku. Wróciłem do domu i powiedziałem mamie, że jadę na dyskotekę. Była to sobota, 6 lipca. Po imprezie włamałem się do 2 sklepów, ukradłem pieniądze i trochę towaru i pojechałem nad morze odwiedzić kolegów z poprawczaka. Wróciłem po jakichś 2 miesiącach. „Długa ta dyskoteka była…” – to jedyne, co powiedziała mama, gdy mnie zobaczyła.
Zaczynałem kolejne szkoły, w sumie było ich 6. Jednak sposób, w jaki żyłem, w jaki się prowadziłem, nie dawał perspektyw na jakąś dalszą edukację i lepszą przyszłość. I tak do dziś na szkole podstawowej pozostało.
Jeszcze jako nieletni miałem w sądzie 700 stron akt. Nienawidziłem wszystkiego i wszystkich. Jedyne, co kochałem, to zdobywać kobiety – stało się to moją pasją. Jak jedna odchodziła, to za chwilę była następna. Nie cierpiałem być sam. Mama z babcią brzydziły się mnie dotykać, całować – bały się, że przywlokę do domu jakieś świństwo albo HIV.
3 lata spędziłem na dworcu PKS. Od 7 rano do 22 wieczorem siedziałem tam, żebrząc o pieniądze na alkohol i środki odurzające. Napadałem też na ludzi przed kasami. Kradłem z domu, bo ciągle na wszystko było mi mało.
Ciągle poznawałem nowych ludzi, nowe miejsca. Dokonywałem nowych przestępstw – oszustwa, wyłudzenia i napaści stały się chlebem powszednim. Częściej bywałem na komisariatach niż w domu. Moi nowi „przyjaciele” mieli po 100-120 kg i po 50 cm w bicepsie i zazwyczaj obstawiali dyskoteki, na których w owym czasie spędzałem 3 dni w tygodniu.
W 1999 roku przez przypadek poznałem syna posła, którego ojciec osadził w mojej miejscowości, ponieważ w swoim miejscu zamieszkania robił on za dużo zamieszania i nieprzyzwoitych rzeczy, co nie przystawało synowi posła. Dostałem propozycję – otwierają na mnie firmę, biorą różne rzeczy, a ja z tego mam 50 tysięcy zł. Postawili mi też ultimatum – albo wyjeżdżam za granicę, albo idę siedzieć. Oczywiście bez wahania wybrałem pierwszą opcję. Zanim jednak to wszystko doszło do skutku, bywałem u nich na imprezach. Nie pamiętam już nawet, kiedy zacząłem ćpać amfetaminę i „zakochałem się” w niej bez pamięci. Mój szef stwierdził tylko, że tutaj się marnuję i biorą mnie za granicę. Nie będę już opisywał o pobycie tam, w każdym bądź razie byłem już członkiem grupy przestępczej. Dzięki Bogu nie zdążyłem prawie nic w tym środowisku zrobić. Zakosztowałem „tylko” trochę imprez, naoglądałem się różnych rzeczy, miałem kontakt z bronią palną. Nie chcielibyście widzieć tego, co widziały moje oczy. Po powrocie do kraju zostałem zatrzymany przez policję za uchylanie się od odbycia kary.
Kiedyś dostałem wyrok w zawieszeniu – 4,5 miesiąca za zdemolowanie dyskoteki, ale z powodu niedotrzymania warunków zawieszenia wyrok odwieszono i trafiłem do więzienia. Świat mi się wtedy zawalił. Zostałem sam – kumple zapomnieli o mnie, szef też, tylko mama pamiętała. Z każdym dniem rosła we mnie agresja i nienawiść do całego świata. W międzyczasie odwiesili mi kolejny rok, więc pobyt się przedłużył. Byłem wrogo nastawiony do służby więziennej, dokonywałem samouszkodzeń na ciele. Obok do celi trafił tzw. bombiarz, więc miałem kolejnego „nauczyciela” i dowiadywałem się znowu nowych rzeczy. Pamiętam, że zawsze w jakiś sposób się modliłem do Boga, ta zaszczepiona w dzieciństwie religijność gdzieś momentami przebłyskiwała, ale nic się w dalszym ciągu nie zmieniało.
Po roku czasu opuściłem mury i obiecałem sobie, że jak rok siedziałem, to rok będę pił. I tak było. W międzyczasie wpadła „praca” – z 2 Rumunami, kieszonkowcami, okradaliśmy ludzi. Moim zadaniem było pilnować, czy po wyciągnięciu przez nich portfela ktoś to zauważył i czy czasami nie została wezwana policja. Dziennie obrabowaliśmy około 20-30 osób. Ja miałem z tego jakieś 10% ich zarobku, plus dodatkowo wynajęty pokój, jedzenie, alkohol, narkotyki i imprezy. Z tego, co zarobiłem, praktycznie nic nie musiałem wydawać, bo miałem wszystko, czego potrzebowałem. Po paru miesiącach „praca” się skończyła z różnych przyczyn, nad którymi nie chciałbym się tutaj rozwodzić. W każdym razie zostałem bez „pracodawców”. Razem ze wspólnikiem postanowiliśmy to kontynuować, jednak kiepsko nam to wychodziło.
Pewnego razu poszedłem do pubu na piwo, wyszedłem z niego z grubszą gotówką w kieszeni – dał mi ją chłopak, który chciał, żebym go ochraniał, tzn. przychodził do niego na każdą szkolną przerwę i chodził z nim do agencji towarzyskiej. On był nieletni – miał bodajże z 17 lat. Miesięcznie miałem z tego około 3 tysięcy zł. Nie pytałem nigdy, skąd ma tyle pieniędzy, bo szczerze mówiąc, to mnie mało interesowało. Wynająłem pensjonat, zacząłem brać sterydy i wywiązywałem się z obowiązków ochroniarza. W międzyczasie ściągałem długi swojej byłej dziewczyny – wywoziłem ludzi do lasu, porywałem ich i robiłem zdjęcia pornograficzne, by potem posłużyć się nimi do szantażu i dostawać pieniądze.
Miałem dziewczynę, wierzyłem, że jest ona od Boga, chciałem więc się ustatkować – za jej namową zająłem się produkcją grzybów boczniaków. Wynająłem lokal, wyremontowałem go, zarejestrowałem działalność w urzędzie skarbowym. Ale jak można się domyślić, nadal byłem z prawem na bakier. Chłopak, którego ochraniałem, zaczął się mną ewidentnie zastawiać. Pobiłem go więc, skakałem mu po głowie, zrobiłem zdjęcia nago na wymianę za pieniądze. Musiał mi płacić.
Ja nadal dużo ćpałem i spotykałem się jednocześnie z 3 kobietami.
Zostałem ponownie aresztowany za 2 napady, wywiezienia do lasu, grożenie bronią i zmuszanie do pozowania nago do zdjęć. Było już po mnie.
Cały czas się modliłem, czytałem Biblię i dowiedziałem się z niej, że do Jezusa mamy się modlić, a nie do Maryi, jak to robiłem dotychczas. Odmawiając różaniec, zamiast „Zdrowaś, Mario” mówiłem „Ojcze nasz”. Z perspektywy czasu widzę, że to było tylko powierzchowne odrodzenie, które jest opisane w Ewangelii św. Mateusza (Mt 12,43-45). Chciałem być przy Bogu, zakończyć życie, jakie prowadziłem, zmienić siebie – kochałem Monikę i dla niej pragnąłem to zrobić.
Po moich usilnych staraniach o uchylenie aresztu i napisaniu 13 wniosków prokurator uchylił mi areszt i zastosował dozór policyjny. Wróciłem więc do rzeczywistości – z chęcią bycia dobrym i bycia z ukochaną, lecz ciągle pod jarzmem wieloletniej kary pozbawienia wolności i bez pieniędzy. W dodatku ojciec Moniki poruszył niebo i ziemię, rzucał mi kłody pod nogi na każdym kroku, żebyśmy tylko nie byli razem. Spałem tam, gdzie akurat była okazja, byle blisko swojej dziewczyny. Zacząłem handlować narkotykami, by mieć z czego żyć. Wymyśliłem, że wezmę sobie małe miasteczko i będę dążył do uzyskania w nim wyłączności w zakresie handlu amfetaminą. Najpierw czyściłem teren z tamtejszych dealerów, po czym zabierałem im to, co mieli, i wprowadzałem swój towar. Popyt przewyższał podaż, ciągle ćpałem i ciągle było mi mało. Często przedawkowałem, miałem halucynacje. Związek z Moniką zaczął być koszmarem. Musiałem dokonywać innych przestępstw, by móc spłacić długi za narkotyki.
Kiedyś kolega zaprowadził mnie do swojego znajomego, żeby mnie przenocował. Rozmawiałem z tym chłopakiem na różne tematy, na temat Boga także. Mówiłem mu o Biblii i był zdziwiony, że sporo wiem, biorąc pod uwagę to, jak żyję. Opowiadał mi o sobie i wspomniał, że jacyś ludzie z kościoła baptystów czy zielonoświątkowców wynajmują mu pokój i pomagają. Zaprosił mnie na nabożeństwo –poszedłem. Było może z 15 osób. Zaproszony był akurat też jakiś pastor. Mówił tak: „Są 2 rodzaje smutku: smutek Piotrowy i smutek Judaszowy. Smutek Piotrowy jest od Boga, który przywołał go do pokuty, natomiast smutek diabelski to taki, w wyniku którego Judasz się powiesił”. I pastor mówił dalej, a ja siedziałem i łzy mi same spływały po twarzy i pomyślałem sobie: „Przecież on to mówi o mnie i do mnie!”. Ale spojrzałem na kolegę i widzę, że on też płacze, więc myślę: „A może to o nim mówi”. Tak płakałem, że kobieta siedząca z tyłu podała mi chusteczki. Wiem, że wtedy jakoś się na głos pomodliłem. Już nie wiem, co mówiłem, nie pamiętam, ale wtedy coś we mnie pękło, bardzo głęboko pękło.
Dalej robiłem to, co wcześniej. Psychicznie wysiadałem. Zapomniałem kiedyś podpisać dozór policyjny. „Wszystko skończone” – pomyślałem. „W sądzie się z tego nie wytłumaczę i pójdę siedzieć, i nie będę już z Moniką”. Już mi na niczym nie zależało. Porwałem Monikę i ponownie oddałem się takiemu życiu, jakie znałem – znowu fala przestępstw. Planowałem nawet, jak zabić wspólnika, a drugiego okaleczyć – dla nauczki. Podsumowując, dokonałem 7 włamań, kilku rozbojów i napadów na domy. Moja „działalność” została uwieńczona wyrokiem 12 lat pozbawienia wolności. Mogłem mieć tylko 3,5 roku, gdybym wtedy nie wyszedł na uchylenie aresztu.
Przez okres śledztwa, czyli około 1,5 miesiąca, broniłem się przed tak dużym wyrokiem na różne sposoby. Głównie jednak udawałem niepoczytalnego i chorego psychicznie. W te swoje chore pomysły mieszałem też Boga. Trułem się tabletkami, wycinałem sobie skórę, podpisywałem się krwią i wysyłałem to do sądu. Przeciąłem sobie też skórę na gardle. Spędziłem 17 tygodni na obserwacji psychiatrycznej, ale to nic nie dało.
Z 12 lat kary pozbawienia wolności zrobili mi wyrok łączny i ostateczny wymiar kary wyniósł lat 8. Dalej ćpałem, piłem i miałem wiele kobiet. Znęcałem się nad innymi, byłem bardzo agresywny, pełno było we mnie nienawiści. Wytatuowałem sobie nawet na przedramieniu napis „VENDETTA”, czyli zemsta, bo cały nią pałałem. Za moje zachowanie w więzieniu i dokonywanie przestępstw nawet w takim miejscu przeniesiono mnie do Wronek, około 200 km od domu. Szukałem informacji na temat jakichś spotkań protestanckich i, będąc na terapii odwykowej, na takie spotkania trafiłem i zacząłem na nie uczęszczać, bo chciałem zmienić swoje życie. Zapisałem się także do chóru i do Bractwa Więziennego, czyli na spotkania katolickie. Chodziłem więc i tu, i tu. Czytałem Biblię. Zacząłem zauważać rozbieżności między tym, co jest napisane w Piśmie, a tym, co mówią. Moje poszukiwania zaczęły się zawężać do kościoła protestanckiego. Robiłem sobie czasami takie 1-dniowe posty, codziennie przez godzinę czytałem Biblię, modliłem się i zapragnąłem żyć tak, jak Bóg chciałby, abym żył. Jednak nadal paliłem papierosy, ćpałem, dziewczyny przyjeżdżały na intymne widzenia, przeklinałem, ubliżałem, przemycałem narkotyki. Sposób myślenia pozostawał cały czas ten sam. Jednak już wtedy zaczęto mnie nazywać sektą i odmieńcem. Pamiętam, że chłopak, który chodził ze mną na spotkania, ciągle mówił o Bogu i o ewangelizacji. Myślałem wtedy: „Ok, mogę być chrześcijaninem, ale żeby jeszcze ludziom mówić o Bogu, to już przegięcie – chcę mieć swoje życie, rodzinę itd.”. Pamiętam też, jak Bóg zmieniał moje plany na przyszłość.
Pierwszy pomysł na przyszłość był taki, że będę wywoził do lasu handlarzy narkotyków i zabierał im ich pieniądze. Mówiłem sobie: „To są przestępcy, pieniądze są z lewego źródła, więc nic złego nie będę robił!”. Bóg powiedział, że to jest złe!
Kolejnym było kłusowanie – połów ryb siecią i mirry z mrowisk. Myślałem: „To jest przyroda, to stworzył Bóg i to jest niczyje, więc nic złego nie robię!”. Bóg powiedział, że to jest złe; jest prawo i ono tego zabrania.
Potem chciałem przemycać do Skandynawii sterydy i viagrę. Mówiłem: „To nie są narkotyki, tylko lekarstwa, czyli coś, co pomaga; nic złego nie robię!”. Bóg powiedział, że to jest złe, to jest przemyt!
I nadszedł dzień, w którym usłyszałem, jak Bóg powiedział do mnie: „Kto nie chce pracować, niech nie je”. I chciałem pracować.
Po skończeniu terapii odwykowej poszedłem na oddział ogólny i chodziłem na ogólne spotkania. Tam poznałem wszystkich, którzy biorą udział w spotkaniach. Zobaczyłem, jak ludzie się witają, ściskają czy też trzymają za ręce. W takim więzieniu jak Wronki ściskanie się czy trzymanie za rękę to tak jakby na nabożeństwie zaczęli się bić. Byłem w szoku, nie wiedziałem, co jest grane.
Cały czas walczyłem z nałogiem nikotynowym. Jak tylko przyjeżdżali jacyś goście na nasze spotkania, to każdego prosiłem o modlitwę w swojej intencji. Pewnego razu odwiedzili nas ludzie z Francji – pewna kobieta nałożyła na mnie ręce i powiedziała, że kiedyś będę pomagał ludziom.
20 maja 2005 roku wyznałem Jezusa swoim Panem. Pamiętam, że wszyscy się cieszyli i mnie przytulali. Ale ja dalej ćpałem, paliłem, miałem widzenia intymne z kobietami. To był taki okres mojej odsiadki, kiedy się mocno narkotyzowałem. Ciągle te nałogi i nieczystość…
17 grudnia kościół organizował wigilię u nas w więzieniu. Poszedłem jak co roku, w dodatku przećpany. Kolejne święta w więzieniu bez rodziny… Usiadła przy mnie taka siostra i zapytała, dlaczego tak płaczę. Odpowiedziałem, że ćpam, że chcę być przy Bogu, ale ćpam i nie daję sobie z tym wszystkim rady. Po paru zaledwie dniach dostałem od tej siostry list. Napisała: „Nawróć się TERAZ”. Wyznałem Jezusa swoim Panem, a ona mi pisze, że mam się nawrócić. Poszedłem spać, ale w głowie ciągle słyszałem to „TERAZ”, czułem taki nacisk… Płakałem i mówiłem do Boga: „Boże, jak ja mam do Ciebie przyjść?! Taki brudny??? No jak?!”. Zasnąłem.
Drugiego dnia ponownie dostałem list od tej siostry. Znowu pisała o Bogu, o tym, że On chce dla mnie dobrego życia, że mnie kocha i troszczy się o mnie i interesuje się mną. I tego dnia Bóg uwolnił mnie od nieczystości ciała. To był dla mnie szok. Ciężko mi to było zrozumieć. Chwała Bogu!
Ciągle dostawałem te listy i ja też je pisałem. Bóg mi się objawił w tej siostrze. Pamiętam, że kiedyś kolega powiedział mi po tym, jak przeczytałem 1 z listów: „Ciebie tutaj nie ma”. To tak jak Paweł pisał, że został zabrany do trzeciego nieba – ja też byłem tak uniesiony i to niejednokrotnie. Byłem poza murami, poza rzeczywistością. Tak jak prorocy wpadali w zachwycenie, tak ja w nie wpadałem po każdym liście. Nie potrafiłem unieść tego ogromu łask, które otrzymałem od Boga. Stawałem się czysty i czułem się czysty. Jednak dalej sporadycznie zdarzało mi się używać narkotyków. Nie miałem jeszcze dość siły, by powiedzieć: „nie”.
Któregoś dnia przenieśli mnie na inny oddział do pracy, do roznoszenia posiłków. W tym okresie dowiedziałem się, że owa siostra pościła w mojej intencji. To Bóg powiedział: „nie”! Byłem uwolniony już od narkotyków. Od tego czasu nie ćpam. Chwała Bogu.
W więzieniu na porządku dziennym jest ubliżanie sobie i ja jeszcze w tym tkwiłem, bo zakorzeniło się to we mnie dosyć mocno. Wtedy chłopak, który też chodził na spotkania, powiedział do mnie: „I co? Teraz masz dylemat, bo tutaj takie prawa, a tam czegoś innego uczą”. Zastanowiłem się nad tym i Bóg w cudowny sposób wyrwał mnie z tego, oduczył przeklinać, zabrał to ode mnie. Nie musiałem nad tym pracować! On zobaczył chęci i mnie uzdrowił! Chwała Bogu!
Potem trafiłem do celi, w której było 4 chrześcijan i 2 osoby niewierzące. Po jakimś czasie jednak nawet dla tych wierzących wydałem się dziwny, bo według nich za dużo czytałem Biblii i wprowadzałem Boże nauki w życie.
Nadal męczyłem się z nałogiem palenia papierosów. Już 2 lata z nim walczyłem. W końcu siostra, o której wcześniej pisałem, powiedziała, że mam dziękować Bogu, że już nie palę, bo On już umarł za to dla mnie na krzyżu. I tak robiłem, jak powiedziała, wierząc, że jest to rzeczywistością. I Bóg uwolnił mnie od papierosów, po prostu zabrał chęć. Nie chciało mi się nawet palić, więc nie musiałem walczyć, ograniczać się, pilnować – nic nie musiałem, Bóg to zrobił za mnie. Dla mnie to było coś wielkiego, bo byłem bardzo uzależniony od nikotyny – potrafiłem okraść, żeby mieć na paczkę papierosów. Moja silna wola by tutaj nie wystarczyła. Bez Boga do dziś nie rzuciłbym tego nałogu.
Doznawałem takiego ogromu łaski Bożej, że czułem się, jakbym latał – byłem unoszony mocą Bożą i pływałem w Jego chwale. Bóg za pomocą tej siostry odzyskał z mojego wnętrza te wszystkie rzeczy, z których okradł mnie szatan.
Została mi zmieniona grupa z zamkniętej na półotwartą. Do końca wyroku zostały mi 3 lata i 8 miesięcy, gdy miałem zmienioną grupę. W takim zakładzie karnym jak Wronki to nie do pomyślenia. Bóg tego chciał dla mnie i tak się stało. Zostałem przewieziony do zakładu karnego półotwartego w Koziegłowach, pod Poznaniem, do którego przyjeżdżał i w którym usługiwał kościół chrześcijański. W dniu, w którym tu przyjechałem, od razu poszedłem na spotkanie. Słuchając tego, co jest tu głoszone, czego nauczają i co promują, nie mogłem uwierzyć. Wszystkie słowa, które były wypowiadane, miały moc, która powodowała, że one we mnie zostawały, tak bezpośrednio do mnie docierały. Przeżyłem rewolucję. Po kilku tygodniach przyjąłem chrzest w Duchu Świętym i zacząłem mówić językami. To było niesamowite doznanie! Po tym chrzcie coś się zmieniło, patrzyłem już inaczej na wiele rzeczy, moje myślenie się zmieniało, więcej rozumiałem. Dostałem coś, czego nie potrafiłem określić.
Na jednym ze spotkań usłyszałem o ewangelizacji, o tym, że Jezus przyjdzie powtórnie, wtedy gdy wszystkim będzie głoszona ewangelia, i jeśli nie chcę, by On przyszedł, to mam jej nie głosić. Dotknęło to mojego serca. Bóg cały czas coś ze mną robił.
W Koziegłowach są 4 oddziały. Na 1 jest ok. 100 osób, a na pozostałych 3 po ok. 180. Jak tu przyjechałem, to na spotkania chodziły 4 osoby. Ja akurat trafiłem na oddział, z którego nikt na te spotkania nie uczęszczał. Bóg zaczął mnie tak używać, że na spotkania zaczęło chodzić po 14 osób, w tym 10 z mojego oddziału. To była łaska, wielka łaska!
Jakie było moje życie, już opowiedziałem w skrócie, jak się prowadziłem, co robiłem – też. Teraz mówię ludziom o Bogu i spełniam się w tym. Bóg, którego poznałem, jest żywy, objawiony w Jezusie i działający, nie mający względu na osobę i kochający oraz wybaczający.
Zacząłem chodzić na przepustki. Na pierwszej ochrzciłem się u pastora w domu w wannie. Przepustki miałem prawie regularnie, co 2 tygodnie. Zazwyczaj spędzałem je u pastora i uczęszczałem na nabożeństwa. Zakosztowałem cudu, którym jest Kościół, czyli ludzie, którzy oddali Bogu swoje życie. Zakosztowałem rodziny, Chrystusowej rodziny. Na 1 z przepustek odwiedziłem dom rodzinny – pamiętam, że mama i babcia wyznały Jezusa swoim Panem, zaczęły też czytać Biblię.
Stary Irek umarł. Mam nową naturę, nową tożsamość. Lubię nowe rzeczy. W Nim mogę wszystko. Czuję się odpowiedzialny za ludzi, za to, że jestem w ich otoczeniu i w mocy Chrystusa mogę zmieniać ich rzeczywistość przez pokazywanie im jedynej drogi, jaką jest Jezus, jedynej prawdy, jaka ich wyswobodzi. To wszystko łaska! Czasami na spotkaniach pastor mnie wychwalał, że idę drogą Bożą. Chciałem mu wtedy zwrócić uwagę, że ma tak nie mówić, bo jak upadnę, to już nie będę wzorem do naśladowania, a poza tym wcale nie byłem taki święty. To było tylko moje myślenie, bo Bóg powiedział: „Jesteś święty i nie masz upadać – ja jestem twoją siłą!”. Alleluja!
Każdy dzień to łaska, każda chwila nią jest, każde słowo to łaska. Sierpień 2008 roku – zostało mi 20 miesięcy do końca kary. Od września rozpocząłem naukę w liceum dla dorosłych, by zrobić maturę. Pracowałem, a Bóg obficie mi błogosławił. Początkowo miałem pracę, za którą otrzymywałem 300 zł wynagrodzenia, później było to 500 zł, a nawet ok. 1000 zł – i to podczas pobytu w więzieniu. Cały czas czułem Bożą rękę nad swoim życiem i Jego ingerencję w nie.
Nie wyobrażam sobie ani 1 kroku bez Niego, nawet nie chciałbym go zrobić! Nie pragnę niczego, co nie jest Bożą wolą…
6 sierpnia 2009 r. Wyszedłem na wolność – 8 miesięcy wcześniej. Dostałem wokandę i wierzę, że była ona od Boga, bo jest napisane „wszystko ma swój czas”. Kaz. 3,1
W szkole, do której chodziłem, poznałem dziewczynę, która wpadła mi w oko, jednak nie była nawrócona. Zacząłem się modlić do Boga. To był okres ok. 6 miesięcy, gdy desperacko szukałem żony (chrześcijanki) na wszystkie możliwe sposoby. Byłem tym całkowicie pochłonięty. Aż przyszedł moment, gdy po pewnym filmiku o Duchu Świętym, który dogłębnie przeżyłem, zauważyłem: „Gdzie ja jestem? Spędzam noce przed komputerem, szukając w Internecie żony w chrześcijańskich i protestanckich biurach matrymonialnych i jestem tym owładnięty”. Powiedziałem: „Nie chcę już szukać żony, chcę szukać bardziej Jezusa w swoim życiu”. I jak podjąłem taką decyzję i tego się trzymałem, to za ok. tydzień (nie pamiętam dobrze) byłem już z Virginie, która po drugiej mojej wizycie nawróciła się. Od tego dnia postanowiliśmy żyć w czystości przed Bogiem. I zobaczyłem, co w Biblii jest napisane: „Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane” Ew. św Mateusza 6,33. I jak tak zrobiłem, a Bóg okazał się wierny i mi to dodał.
A więc 6 sierpnia wyszedłem na wolność, tego też dnia się zaręczyliśmy.
3 października wzięliśmy ślub, 13 października polecieliśmy do Hiszpanii w 22-dniową podróż poślubną. Spędziliśmy wspaniały czas z Bogiem, który uczynił dwa kolejne cuda w moim życiu, w naszym małżeństwie. Pierwszym cudem jest to, że żona zaszła w ciążę. A drugim, czy też raczej pierwszym cudem, to rzecz, która była zmorą w moim poprzednim życiu, a mianowicie to, że byłem bezpłodny. Kochałem dzieci i zawsze chciałem je mieć. Pamiętam nasz ślub i uwielbienie, podczas którego poczułem, jakby na mnie padał deszcz – wierzę, że to był czas, w którym Bóg mnie pobłogosławił i uzdrowił. Ale też wierzyłem, że jak się nawróciłem, to jestem płodny, bo Słowo Boże mówi, że: „Jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe” 2 Kor 5,17. Chwała Bogu!
Zostałem też zameldowany na pobyt stały przez babcię Virginie i razem mieszkamy. A od 26 listopada pracuję. Bóg jest dobry. Robimy też ewangelizacje, jesteśmy wolontariuszami Coffee House i angażujemy się w pomoc innym i w służbę dla Boga. Reasumując: wszystko to w 4 miesiące. Bóg odbudował mi całe życie. Bóg odbudował to, co zniszczyłem, i to, z czego diabeł mnie okradł. W 4 miesiące po opuszczeniu murów więzienia dostałem od Boga żonę, dziecko, mieszkanie, pracę, a przede wszystkim dostałem miłość, normalne życie w społeczeństwie – życie w harmonii z ludźmi i w społeczności z Najwyższym Bogiem.

Dzięki Ci, Boże, za uratowanie mi życia, za to, że mnie wykupiłeś od potępienia wiecznego i dałeś prawdziwe wartości do mojego życia.
Dzięki Ci w imieniu Pana Jezusa Chrystusa!
„Niech wszystko, co żyje, chwali Pana” Psalm 150,6

Irek na YouTube